Czy daru prorokowania można się nauczyć?

Czy daru prorokowania można się nauczyć?

Chciałbym podzielić się z Wami pewną myślą, która od jakiegoś czasu krąży w mojej głowie. Obserwuję, że w świecie chrześcijańskim – w tym również katolickim – dużą popularność zdobywają różnego rodzaju warsztaty, a wśród nich szczególnie jeden budzi moje zastanowienie: kurs proroczy. Kiedyś brałem udział w takim spotkaniu w Warszawie i muszę przyznać, że do dziś wywołuje ono we mnie mieszane uczucia.

Pamiętam moment ćwiczeń praktycznych, gdy kilkuset uczestników dzieliło się na grupy, by wzajemnie sobie „prorokować”. Patrząc na drugą osobę, mieliśmy mówić, co widzimy. Pojawiały się obrazy drzew, ptaków i inne drobne skojarzenia. Z dzisiejszej perspektywy czuję pewien dyskomfort na samo wspomnienie tamtej sytuacji. Choć bardzo szanuję, a nawet kocham osoby, które dziś korzystają z takich kursów, sam mam trudność z odnalezieniem się w tej formule. Moja wiara jest dość prosta: Krzyż, Biblia i szczera rozmowa z Panem Bogiem to fundamenty, które w zupełności mi wystarczają.

Między charyzmatem a rzemiosłem

Zawsze wydawało mi się, że charyzmaty – czy to dar uzdrawiania, czy prorokowania – są suwerennym darem od Boga. Wierzę, że jeśli On chce nas czymś obdarować na chwilę lub na całe życie, po prostu to robi. Dlatego zastanawiam się, czy dar prorokowania można „wyćwiczyć” tak, jak obsługę wózka widłowego? To zestawienie wydaje mi się nieco nienaturalne.

Zastanawiam się też nad tradycją – czy w czasach wczesnego chrześcijaństwa lub w średniowieczu ktoś słyszał o sformalizowanych kursach tego typu? Mam wrażenie, że żyjemy w czasach, w których niemal wszystko próbuje się ująć w ramy produktu, a wieńczenie duchowego doświadczenia certyfikatem ukończenia kursu budzi we mnie po prostu wewnętrzny opór.

Duchowość dostępna dla każdego

Druga kwestia, która mnie nurtuje, to aspekt finansowy. Rozumiem oczywiście, że organizacja wydarzenia kosztuje – wynajęcie sali czy logistyka wymagają nakładów. Jednak wysokie ceny takich kursów sprawiają, że stają się one towarem niedostępnym dla osób uboższych. Spotykam ludzi, którzy muszą oglądać każdą złotówkę dwa razy, i trudno mi pogodzić ideę wzrastania w wierze z barierą finansową, której niektórzy nie są w stanie przeskoczyć.

Oczywiście, każdy z nas jest inny i ma inne potrzeby. Jeden potrzebuje grać w zespole, inny pielgrzymować, a jeszcze inny szukać odpowiedzi na takich właśnie spotkaniach. W pełni to szanuję. Po prostu jako „prosty chłopak” próbuję to wszystko zrozumieć i zastanawiam się, czy w tej pogoni za nowoczesnymi formami formacji nie gubimy gdzieś tej pierwotnej, bezinteresownej prostoty wiary.

Czy uważasz, że w dzisiejszym Kościele jest jeszcze miejsce na charyzmaty, które objawiają się zupełnie poza strukturami płatnych szkoleń i kursów?

Leave a Reply

Your email address will not be published.